Bez kategorii

Bieg Ultra Granią Tatr

Bieg Ultra Granią Tatr – 19.08.2017 r. Od startu w Siwej Polanie, przez Tatry Zachodnie, Czerwone Wierchy do Hali Gąsienicowej, dalej przez Krzyżne, Dolinę Pięciu Stawów Polskich, Wodogrzmoty Mickiewicza, Polanę Waksmundzką i Kopieniec – aż do mety w Kuźnicach. Był to bieg będący zarazem I Mistrzostwami Polski Skyrunning SkyUltra.

Moim zdaniem – z uwagi na przewyższenie i trudności techniczne – jeden z bardziej wymagających w Polsce. Trasa widokowa, skalista. Od samego początku zacząłem spokojnie, nauczony doświadczeniem, że w miarę upływu czasu wolę wyprzedzać niż być wyprzedzanym. W Tatrach Zachodnich wiało niemiłosiernie, szczerze: czasami bałem się podbiegać i zostawać tylko jedną stopą na podłożu. Porywy były tak mocne, że bezpieczniej, zwłaszcza w eksponowanych miejscach, było podchodzić, cały czas trzymając pozycję jak najniżej przy gruncie. Czasami ten wiatr też pomagał. Przy odpowiednim ustawieniu praktycznie wynosił nas pod górę. Podobno porywy sięgały około 80 km/h.

Do Hali Ornak dotarłem po około 4 godzinach. Zdałem plecak wolontariuszowi w celu uzupełnienia bukłaka, a sam przegryzłem banana i kilka porcji arbuza. Już niedługo miało się okazać, że to na tym punkcie popełniłem największy błąd w całym wyścigu. Po około 5 km za Halą Ornak skończyło mi się płynne paliwo. Myślę – niemożliwe abym pochłonął 1,5 litra płynów od Ornaka. Pewnie bukłak przecieka?! Nie mogłem tego zweryfikować, ponieważ i tak byłem mokry od potu. Biegłem dalej w pełnym słońcu i bez wody. Jedynym pocieszeniem było wypicie dwóch szotów magnezowych po 25 ml każdy, łyk wody od mijanego zawodnika („po prośbie”) oraz trochę wody z górskiego strumienia.

Do Murowańca dotarłem wyschnięty na wiór. Okazało się, że na poprzednim punkcie wolontariusz nie rozchylił rzeczy w plecaku i na skutek tego nalał płynów do końcówki ściśniętego przez wyposażenie bukłaka – pewnie ze 300 ml. Nie mam oczywiście do niego żadnych pretensji, starał się jak mógł. Przecież to ja powinienem był wszystko sprawdzić. W Murowańcu wypiłem chyba z 2,5 litra płynów, zjadłem pyszną zupkę, pogadałem chwilkę z kibicującą mi rodziną i wybiegłem z nadzieją na odzyskanie sił. W drodze na Krzyżne włączyłem muzykę i podłączyłem się do mocnej grupki dwóch zawodników z Poznania, z którymi razem wyspinaliśmy się i zbiegliśmy z Krzyżnego do Doliny Pięciu Stawów Polskich. Tam jeden z nich niestety odpuścił i dalej kontynuowałem zbieg z pozostałym z nich. Tempo było mocne, czasami bałem się, czy starczy nam sił do końca.

Na punkcie w Wodogrzmotach spędziliśmy dosłownie 45 s. Ostatni odcinek wspominam jako walkę z wiatrem, deszczem, zimnem i mgłą. Biegłem już generalnie sam, przemoczony do suchej nitki, we mgle. Bałem się nawet zatrzymać, aby wyciągnąć z buta mały kamyk, który doskwierał mi od paru kilometrów. Na finiszu nie dałem się już wyprzedzić zawodnikowi atakującemu z tyłu, przyśpieszyłem i końcówkę pobiegłem po ok. 4 min/km jeszcze wyprzedzając.

Po biegu dochodziłem do siebie dwa tygodnie. Z powodu bólu mięśni nie było mowy o bieganiu. Zamiast tego rowerek i basen. A przygotowywałem się solidnie. Przez 5 tygodni przed zwiększyłem kilometraż do około 100 km tygodniowo, ćwicząc siłę biegową i zbiegi na terenie Czarnorzecko – Strzyżowskiego Parku Krajobrazowego. Teraz uważam, że do tego biegu należałoby się przygotować w Tatrach, ćwicząc w warunkach idealnych do startowych. W przeciwnym wypadku – w razie mocnego biegu – przeciążenia są duże i nie ma szans, aby mięśnie tego nie odczuły. Jestem zadowolony z wyniku, a zwłaszcza z faktu przesuwania się w stawce coraz wyżej (Hala Ornak – 55 msc; Murowaniec – 35 msc), zwłaszcza pomimo pewnych przygód z odwodnieniem. Czas końcowy: 12:28:11 i 30 miejsce open. Suunto Ambit 2 zanotował 72,67 km, 5215 m up, 5166 m down. Średnie tętno: 149 ud./min. Bieg super fajny, atmosfera i organizacja na wysokim poziomie, a widoki w Tatrach na długo pozostaną w pamięci.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *